TYM RAZEM WSTECZ.
Antoinette odgryza jej dłoń. Prawie. Strzykawka upada na ziemię, dziewczynka rozdeptuje ją piętą, kobieta wrzeszczy. Krew plami biały fartuch, a to, co zwisa z nadgarstka, nie jest już więcej potrzebne.
Mężczyzna trzymający Chishiro za ramię najpierw czuje pod palcami pustkę, potem chłód. A potem nie czuje już nic. On też chciał krzyczeć.
Ten, który stoi nad Dianą z paralizatorem, widzi, jak obok dziewczynki pojawia się Mercedes, po czym obie znikają, a jego ręka trafia na powietrze. Po chwili dosięga jej Nareau, której usta rozciągają się w groteskowym uśmiechu od ucha do ucha, a czarne policzki porasta ruda sierść. I nie ma Diany, nie ma Mercedes, nie ma Nareau, nie ma ręki.
Tamten czwarty, przy drzwiach, trzymający drobny nadgarstek Niue, patrzy. Aleksandra, która biegnie w jego stronę, wygląda jak złotowłosy aniołek, rusałka, córka, która chce przytulić tatę, i nie ma na świecie niczego piękniejszego. Cieszy go, że może to oglądać. Nawet nie próbuje uciekać. W chwili, gdy małe paluszki przebijają skórę na jego szyi, naciska płaską białą dłonią płaski biały przycisk na płaskiej białej ścianie.
Aleksandra i Niue odskakują od rozedrganego ciała. Istoty, które nazwalibyście dziećmi, choć w tej chwili są czymś głębszym i straszniejszym, zamierają, czekając.
Koniec. Drzwi zamykają się z trzaskiem.
Oto twój koszmar: szybki, niespokojny oddech. Czyste kafelki, jarzeniówki nad głową. Jest zimno. Chłód pełznie po ciele, pnie się po nogach. Jeszcze nie zauważasz go w pełni – poczujesz za późno.
I nagle światło gaśnie. W oczach masz ciemność, w ustach woń krwi. Nie należy do ciebie.
Mrugnięcie – zamiast ciemności gryząca czerwień. Wszędzie, wszędzie. Kaleczy oczy. Ale nie wolno ci ich zamknąć. To jest najgorsze.
Płaski jak karta, dwukolorowy świat alizaryny i czerni kończy się na czterech ścianach. Na podłodze powiększające się, ciemne kałuże. Myślisz, że umarłeś.
A wtedy powietrze rozdziera pisk. Nierówny, połamany. Tego nie da się zrozumieć, wytrzymać, wysłuchać. Otwiera w tobie wszystkie szczeliny. Jesteś dziurawy.
Byłeś stalowy – teraz znowu drobny, miękki, przeźroczysty, padasz na ziemię i kurczysz się, kruszysz. Chcesz oderwać sobie uszy, ale nie potrafisz.
Próbujesz podnieść spojrzenie. To trudne, właściwie niemożliwe. A jednak próbujesz. Widzisz wentylator. Wygląda zwyczajnie, ale wiesz, że jest inny – w końcu to koszmar. Zachowuje się dziwnie. Inaczej niż przyzwoita klimatyzacja.
Wentylator to usta. Kaszle. Jego flegmą jest sen.
Czerwień – pisk – chory kaszel – zmęczenie wdziera się do ust, kącików oczu – to powinno boleć.
Ty jednak nie czujesz już nic.
Ale spokojnie. Budzisz się, spocony, w środku nocy.
Dla ciebie to tylko zły sen.
Kiedy Navendu spogląda na lustro, odpowiada mu czerwień i jego własna, wykrzywiona twarz.
A jednak jest coś jeszcze. Ruch, którego nie ma. Chłopiec wie, że lustra są lepsze od ludzi – nie potrafią kłamać, a ściany pozostają niewzruszone.
Nie widzi już nic więcej. Wyje z bólu.
Lecz kiedy osuwa się w ciemność, zmusza fałszywe zwierciadło, by zapłakało razem z nim.
Szkło sypie się na podłogę jak deszcz, ale świat po drugiej stronie lustra jest pusty. Są tam tylko komputery. I ciemna plama na metalowym blacie biurka.
To nie krew, tylko kawa. Już zimna – szybko stygnie.
●
Umieją liczyć.
Cztery porcelanowe filiżanki w błękitne różyczki, cztery srebrne łyżeczki, jedna cukiernica, jeden dzbanek o objętości przybliżonej półtora litra, jedna pokrywka od dzbanka. (Cztery cztery jeden jeden półtora jeden – dwanaście koma pięć.)
W głośnikach słychać było śmiech.
- Wzmożone wydzielanie endorfiny.
- Zapisane.
Siostra Williams postawiła ostrożnie tacę z kawą na biurku. Uważała, żeby nie pobrudzić fartucha.
- …deszcz to nie łzy, bo ma inny smak, a oglądając obrazki zrozumiałam, że deszcz rodzi się w morzu, śpi na niebie, a gdy się budzi – upada…
Zgrzyt, chichot, uśmiech.
- Czy to nie jest szkodliwe?
- Wręcz przeciwnie. Proszę spojrzeć na wykres metabolizmu. Gwałtowny wzrost serotoniny. Nadprodukcja liberyny. Zdumiewające.
- Ile pan słodzi, doktorze?
- Trzy łyżeczki. Już. Dziękuję.
Palce porzuciły klawiaturę dla uszek filiżanek. Ciągi cyfr na ekranach rosły, rosły, wykresy pulsowały rytmicznie.
Za szybą dłoń była mniejsza od dłoni, skóra ciemniejsza od skóry. To niesamowite, to cudowne.
- …małe, czerwone i miękkie. Nie próbowałam, ale wydaje mi się, że ma słodki smak. Dzięki temu jest lepiej. Tak myślę.
- Mówisz o jabłku?
- Myślałem o sercu. Ale jeżeli chcesz, to może być jabłko.
Siostra Williams poruszyła się niespokojnie.
- Coś nie tak, siostro?
- Nie. Nie, nie. Ale one… Co one robią? Tam, przy ścianie?
Mężczyzna uniósł wzrok. Cristóbal odsłaniał w uśmiechu białe zęby, przed nim stały Antoinette i Chishiro. Trzymały się za ręce. Nad ich dłońmi latały płonące ptaki.
- One? – pociągnął łyk kawy – Rozmawiają.
- Rozmawiają?
- Ich sposób komunikacji różni się od naszego. Obrazy, dotyk, smak, dźwięk. Wszystko, co potrafią. W porównaniu z nimi, nasze doznania w dziewięćdziesięciu siedmiu koma ośmiu procentach ograniczają się do bodźców wzrokowych. One odbierają świat całym ciałem. Nie ma wielkiej różnicy między oczami a piętą. Szczerze mówiąc, to i tak niezwykłe.
- To znaczy?
- Ich wiedza – skrzywił się nieznacznie. Nie znosił pytań, uporczywych pytań, niepotrzebnych pytań. Nie znosił też brytyjskich pielęgniarek. Szczerze, nie lubił kobiet ogólnie, ale brytyjskie pielęgniarki dały się poznać jako najgorszy podgatunek. One i ich wiecznie zdumione twarze – Ostatecznie, większość z nich przez niemal całe życie przebywała w odosobnieniu. Ko’olele, w akwarium, Dakarai w elektrycznej klatce czy Antoinette w komorze medialnej. A jednak proszę posłuchać – znają tyle słów.
- Mają świetną pamięć. Co w tym dziwnego?
Mężczyzna pociągnął długi łyk, krzywiąc się jeszcze bardziej. Gorzka, niesmaczna kawa.
- Według wyliczeń sześćdziesiąt procent słów, których używają, nigdy nie padło w ich obecności. A dwadzieścia procent w ogóle nie zostało wypowiedziane w tym budynku.
-…Drzewa, drzewa mają dziesiątki nóg zakopanych w ziemi i jedzą dym.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
Ciemna szyba wyglądała jak ekran. Dzieci były aktorami. Recytowały. Widzisz tę lampę? Tak, widzę tę lampę. Uśmiech, palce wplecione we włosy. Wiesz, że to nie jest słońce? Kiedyś pokazali mi słońce, na zdjęciach. Potem tego żałowali, ale ja nie żałuję. Chciałabym je zobaczyć jeszcze raz. Teraz wiem, że lampy kłamią. Komputery to uważni widzowie.
- Kawa się skończyła – zauważyła siostra Williams z roztargnieniem – Zrobić więcej?
- Nie – odparł cierpko – Nie ma takiej potrzeby.
- Hm. Herbaty?
- Co to jest herbata?
Głośniki zamilkły. Mężczyźni unieśli wzrok znad filiżanek.
Ethan był najcichszy. Gdy inne dzieci rozmawiały, on po prostu siedział i patrzył. To nic. Wiedzieli, jaki jest słaby i ważny. Być może one też to czuły, ostatecznie czuły za dużo. Niektóre z nich przykucały obok niego – patrzyli na siebie chwilę i milczeli wspólnie – a potem wstawały i odchodziły. Tak właśnie powinno to wyglądać według ludzi za szybą. Biały chłopiec należał do nich bardziej, niż którekolwiek z dzieci i był im bardzo potrzebny. Nie chcieli, żeby się zmienił.
Teraz patrzyli na niego wszyscy.
- Co to… – zakaszlał, potrząsnął głową. Mówił cicho, lekko chrypiał. – …będąc tutaj, jesteś wszędzie. Jesteś tam, gdzie powinnaś być.
Gdzie jesteś, dziewczynko?
Dzieci przysunęły się bliżej. Nic nie mówiły. Ethan podniósł jasną dłoń do twarzy i zaczął trzeć usta, jakby chciał je oczyścić. Tarł mocno i gwałtownie, widać było, że sprawia mu to ból.
- Przestań – powiedziała Antoinette, patrząc na niego z góry. Dotknęła swojej wargi – To boli.
Nie posłuchał, lecz zwolnił tempo. Spomiędzy jego palców wydobywał się szept.
- Gdzie jesteś dziewczynko?
Mężczyzna odstawił filiżankę.
- Dość. Coś jest nie tak.
- Proszę spojrzeć.
Chishiro przyklękła przy chłopcu.
- Masz ją? – spytała drżącym głosem. Wszystkie dzieci równocześnie wciągnęły powietrze, jakby jej słowa niezwykle je poruszyły.
Mężczyźni nie rozumieli, więc zaczęli się bać.
Ethan spojrzał na klęczącą przy nim dziewczynkę udręczonym wzrokiem.
- Ona już może patrzeć – wychrypiał – Słyszeć. Mówić. Tylko mną. Proszę, weźcie ją. Pękną mi usta. Pękną mi oczy.
Aleksandra padła na kolana tuż przy Chishiro.
- Daj nam ją. My też jej chcemy.
Chłopiec jęknął, wepchnął palce do ust i zaczął je zapamiętale gryźć. Dzieci, ludzie za lustrem, wszyscy patrzyli bezradnie, z przerażeniem.
Przepraszam, że bolę. Chcę być
Cristóbal zrozumiał pierwszy. Oderwał dłoń Ethana od twarzy i przycisnął wargi do jego warg.
Raz, dwa, trzy. Przepłynęła z oddechem.
A kiedy uwolnił ją z białego chłopca, pod powiekami wszystkich pojawiło się
słońce słońce świeci w słońcu drobna dziewczynka trzyma w rękach czarkę trzyma w rękach k l u c ze pyta patrzy i
lecz nim zobaczyli więcej, odfrunęła z nich jak zlękniony ptak. To nieprzyjemne uczucie, być przesianym przez dwanaście dziur w kształcie dzieci.
Ale zapamiętali.
Wybaczcie ludziom za szybą ich bezruch. Są momenty, w których zamieniamy się we wzrok i słuch, wzrok i słuch nie mówią, nie poruszają się. Ale ten sen nie trwa wiecznie.
Dzaamila delikatnie dotknął swojej gałki ocznej, po czym polizał palce, jakby chciał poczuć jeszcze smak świata spod powiek. Diana patrzyła na niego i myślała o wszystkich zapachach, kolorach i dźwiękach, których nigdy nie poznała, a jednak znała. Weszła po ścianie i położyła się na suficie, przykładając do niego ucho.
- Więc jest– wyszeptała – Jest t a m.
- A my gdzie jesteśmy? – spytał Dakarai.
- My – odpowiedziała Nareau poważnie – Jesteśmy t u.
Mercedes spojrzała na lustro.
- A gdzie powinniśmy być?
To pytanie zazwyczaj należy do Ważnych Pytań, a przede wszystkim Pytań Bez Odpowiedzi, więc dzieci milczały. Ale niektórzy wiedzą.
Niue drgnął lekko, uniósł dłoń i wskazał.
- Tam.
Zrozumieli. A ludzie za lustrem obudzili się.
- Koniec.
- Zgadza się. O.A. do cel. Parami. Nie rozdzielajmy ich całkowicie. Podwójna dawka morfiny. Strzykawki w dolnej szufladzie, siostro.
Kobieta milczała.
- O co chodzi? – warknął, sięgając po paralizator do szuflady pod metalowym blatem.
- Nie jestem pewna, czy powinniśmy – powiedziała cicho. Była bardzo blada i mężczyzna z obrzydzeniem pomyślał o jej braku profesjonalizmu.
- Spokojnie. Są po prostu rozkojarzone. A my musimy szybko wrócić do badań. Czy to jasne?
Siostra Williams spuściła głowę i schyliła się, by wziąć strzykawki.
Nie odezwała się już ani słowem.
●
Raz.
Deszcz nie przychodzi. Jest zimno, zimno, zimno.
Oto, o czym teraz myśli: chce wrócić; mama byłaby z niego dumna, gdyby nie zmieniła się w beton; można wejść pod własne powieki – skulić się tam, zostać; gdyby miał skrzydła, poleciałby wysoko, wysoko, do samych chmur i spijał z nich wodę, nie musiałby czekać na deszczowe apsik.
Ale nie ma.
Rzeczy są powolne – wychodzą z niego z przedziwną, dojrzałą powagą, wypełzają i znikają w ciemności. Pomachałby im z pewnością, pożegnałby się ładnie, jak należy. Ale może potem.
-to trochę zbyt łatwe myślałby gdyby myślał ale tylko rozdziera zasłonę i mówi och jaki wąski ten korytarz czy na pewno muszę wolałbym nie tam w dole nie ma już nieba-
Teraz przypomina sobie czarne morze, z którego wyłowiła go mama i szlocha cichutko, bo rozumie, że wcale nie może wrócić, koniec nie smakuje solą i jest czymś bardzo pustym, bardzo złym. Dopiero teraz to czuje i nie potrafi pożegnać się spokojnie.
Umierając, po raz pierwszy w swoim trzyletnim życiu pojmuje, że nie powinien umierać.
Suche wargi zimy scałowują łzy z policzka przymarzniętego do chodnika.
Oto, o czym teraz myśli; chodź.
Szklanka jest przeźroczysta, woda jest przeźroczysta. Widzi tylko jego dłoń.
Dwa.
Deszcz puka w szyby. Jest cicho, cicho.
Zawsze zastanawiały go takie rzeczy – dźwięki, które kojarzą się z ciszą bardziej, niż ich brak. Ludzie, którzy sprowadzają samotność, będąc tak blisko, bliżej, niż jest to możliwe. W dzisiejszych czasach ironia spełza na psy.
Przeciąga się, wzdycha. Cienie kreślą na jego skórze haiku.
staw i rzeka
stają się jednym
wiosenny deszcz
Prześcieradła drażnią, są chłodne i szorstkie. Lubi je za to. Pozwalają docenić wszystko to, co miękkie, ciepłe.
Patrzy na chmury za oknem, myśląc o Istotach, o Cierpieniu i o Ścieżkach. Ale tylko przez chwilę.
Zamyka oczy i wtula policzek w silne ramię, a dłonie przyciągają go i prowadzą, jak wszędzie, jak zawsze.
Trzy.
Deszcz przestaje już padać. Jest ciemno.
- Więc idziesz.
Nie nienawidzi go. Wciąż zależy mu na jego bólu, ale zna świat – wie, że to mija.
- Nie będę o nic prosił – mówi od razu. Stoi w kałuży boso. Buty trzyma w dłoni – chce odejść tak samo, jak przyszedł.
- I tak nic bym ci nie dał – zapewnia tamten. Patrzą na siebie, jak jeszcze nigdy nie patrzyli, więc dodaje po chwili – Wiem, ile to dla ciebie znaczy. Ale musisz zrozumieć, że to twoja wina. Wszystko jest twoją winą.
- Trzeba było mnie tam zostawić – odpowiada niemal szeptem.
- Może rzeczywiście.
Złamali Prawa. Obydwoje. Zapłacą za to – ale on płaci więcej, płaci szybciej. I wie, że to jest niesprawiedliwe.
- Odejdź już. Nie mogę na ciebie patrzeć.
Więc odchodzi. Wie, gdzie pójdzie i co zrobi. To boli najbardziej.
●
- Co pamiętasz?
Nie mógł znieść jego spojrzenia, więc spuścił wzrok. Niczego już nie rozumiał. Teraz był przekonany, że z chwilą, w której stanął na progu bramy, czas zatrzymał się, a on usnął. Wciąż stoi tam z zamkniętymi oczami.
Wszystko inne jest snem.
Wiem, że jesteś snem. Jeśli byłbyś prawdziwy, musiałabym kłamać. Teraz mogę mówić prawdę i nie przejmować się tym, że zrozumiesz.
Milczał przez chwilę.
- Deszcz.
●
Pchnięta w plecy, podeszła do niego powolnym krokiem. Była małym zwierzątkiem.
- Lubisz herbatę?
- Co to jest herbata?
Uśmiechnął się, odprawił posłańca i gdy ten zamknął za sobą drzwi, podał jej czarkę. Wzięła głęboki łyk, nie spuszczając z niego oczu, po czym wypluła wszystko na jego nogi.
Patrzył na nią niewzruszony.
- Niesmaczne – wyjaśniła.
- Usiądź.
Bez chwili namysłu weszła mu na kolana. Nie okazał zdziwienia ani sprzeciwu, więc przejechała palcami po jego policzku.
- Nie boisz się mnie? – spytał łagodnie.
- Nie – odpowiedziała swoim głębokim, niskim głosem, na który od razu zwrócił uwagę. Właściwie nie było w niej rzeczy, która nie zwracała uwagi – Jesteś piękny. I jasny.
- Czujesz coś szczególnego?
- Czuję więcej.
- Co na przykład?
Ujęła jego twarz w obie dłonie i zajrzała w oczy. Nie patrzyła w nie, tylko przez nie. Jak przez dziurkę od klucza.
- Czuję zimno. I widzę – zamarła na chwilę, zamrugała. Wiedział, że była poruszona. – ich.
Nie mógł dać po sobie poznać, co działo się w jego środku. Postarał się otworzyć jeszcze bardziej, rozchylić dla niej, jednak miał wrażenie, że wystarczy jej odrobina, by doprowadzić go do eksplozji. Nie pochylał się tak nisko nad krawędzią od lat.
- Będąc tutaj, jesteś wszędzie – powiedział, a jego głosem mówiło wszystko, podłoga, ściany, powietrze – Jesteś tam, gdzie powinnaś być. Gdzie jesteś, dziewczynko?
Jeśli go słuchała, nie dała tego po sobie poznać. Jej policzki płonęły, a oczy lśniły od łez.
- Przepraszam, że bolę. Chcę być z wami.
A potem obydwoje poczuli pęknięcie i gdyby nie odtrącił jej od siebie, rozpadliby się na kawałki.
Odetchnął głęboko i zamknął jaźń. To było bardzo ryzykowne posunięcie.
Ale kiedy zapłakana, ciemnowłosa dziewczynka podniosła się z podłogi, podeszła, wtuliła w jego ramiona i zasnęła w nich, szepcząc coś o deszczu, zrozumiał, że podjął dobrą decyzję. Wszystko szło zgodnie z jego planem.
Obserwował ją, kiedy spała i zastanawiał się, czym jest.
●
Äelyn idzie pomiędzy pomarańczami, imbirem i snami, trzymając nieznajomego mężczyznę za rękę.
Jeśli myślicie, że wiele o niej wiecie, jesteście w błędzie, bo nie wiecie niemal nic.
Po pierwsze:
Imię dostała po ślicznej, złotowłosej królewnie z zapomnianej bajki, w której ucieka z wieży, ucząc się jeść kamienie, i zabija złego czarnoksiężnika, odpowiadając szczerze na jego trzy pytania. Bajka, rzecz jasna, kończy się dobrze.
Po drugie:
Kiedy była mała, często wymykała się z domu. Tylko na krótkie spacery. Jej opiekun co tydzień zabierał ją po zmroku do portu Wellington albo do parku, gdzie pokazywał trawę i szare papugi, ale to nie było to samo. Kiedy wychodziła bez niego, piła wodę z kałuż tuż po deszczu, pytała dziwnie pachnących, smagłych ludzi na ulicach o różne rzeczy, jadła wiatr albo udawała się do swojego ulubionego sklepu z lustrami. Stawała pomiędzy dwoma zwierciadłami i próbowała zobaczyć, gdzie kończy się tunel, który tworzą ich wzajemne odbicia. Sprzedawczyni znała ją i lubiła, ale nigdy nie spytała, kim jest.
Sama nie była pewna, dlaczego.
Po trzecie:
Lubiła kraść książki z ogromnego zbioru swojego opiekuna, który zawsze odruchowo zamykał go na klucz. Brała tylko te stare i kruche, po czym uczyła się ich na pamięć. Znała słownik japońsko-angielski, zbiór poezji Blake’a, antologię poezji japońskiej „Dziesięć tysięcy liści”, sonety Szekspira, „Trzynaście ścieżek cierpienia” nieznanego autora, przewodnik po Nowej Zelandii, historię Tybetu, „Powrót Sherlocka Holmesa” sir Artura Conana Doyle’a oraz tajwańską książkę kucharską. Pomiędzy ich kartami często znajdowała różne skarby, zasuszone kwiaty, fragmenty notatek albo banknoty w różnych walutach, które skrupulatnie gromadziła i nosiła zawsze przy sobie, choć najczęściej zmieniały się w jej kieszeniach w kolorowy proch.
Czasami, gdy opiekun zasypiał w fotelu przy włączonym telewizorze, marszcząc się, pocąc i mrucząc, podchodziła do niego i zaczynała szeptać mu do ucha. Recytowała haiku Matsuo Bashō, mądrości buddyjskie lub przepis na chano main – nie miało to znaczenia. Zawsze uspokajał się i zapadał w głęboki sen, a ona, równie spokojna, siadała u jego stóp. Wtedy wszystko było w porządku.
Po czwarte:
Jadła bardzo, bardzo dużo. Chciała spróbować wszystkiego, nawet, jeżeli nie do końca dało się zdefiniować jako jedzenie. Chodziła po mieście, zrywała i zbierała rzeczy z ziemi, po czym po prostu wkładała je do ust. Niektóre były smaczne, inne nie.
Raz w telewizji zobaczyła, jak ludzie zalewają sczerniałe, pokruszone liście wodą, czekają chwilę i piją. Spodobało jej się, jednak kiedy poprosiła o taki napój opiekuna, skrzywił się i odpowiedział, że ma stanowczo dosyć tego paskudztwa, które budzi w nim złe wspomnienia i sam zapach sprawia, że chce mu się wymiotować. Wtedy spytała go, co to wymioty, a on, ponieważ miał jej już dosyć, poszedł z nią do łazienki, wsadził palec do gardła i pokazał. Uznała, że to zabawne.
Jesienią zebrała w parku trochę suchych liści, pokruszyła je, wrzucił do kałuży i wypiła, ale uznała, że chyba nie do końca o to chodziło.
Po piąte:
Co jakiś czas siadała w łazience pod odkręconym prysznicem, lejąc na siebie gorącą albo lodowatą wodę, pozwalając, by spływała po niej jak deszcz. Trwała tak bardzo długo, mówiąc cicho, choć jej wzrok był zamglony i nieobecny. Widziała, słyszała, czuła wtedy różne rzeczy.
Potem wstawała, zakręcała kran i szła do swojego łóżka. Cała była mokra, więc nie dało się rozróżnić śladu łez na policzkach.
Oczywiście, dla niej nie miało to znaczenia.
Po szóste:
Jeden raz opiekun zabrał ją do zoo. To było jedno z najwspanialszych wspomnień. Dostała wielki balon i jadła watę cukrową. Oglądała małe małpki, surykatki i słonie, ale najdłużej stała przy wybiegu tygrysa. Patrzyła na niego i patrzyła, aż on spojrzał na nią. Powiedziała wtedy:
- Tygrysie, błysku w gąszczach mroku, w jakimż to nieśmiertelnym oku śmiał wszcząć się sen, że noc rozświetli skupiona groza twej symetrii?
Nie odpowiedział, ale ona stała tam jeszcze długo.
I ostatnia rzecz:
Być może wiecie, że od zawsze umie otwierać przejścia. To ważne. Musicie jednak zrozumieć, że choć nie ma drzwi, których nie mogłaby przekroczyć, żadnych nie zamyka za sobą.
Nie potrafi.
●
Zgubił ją na pobliskim targu. Szukał długo i kiedy już chciał się poddać, przypomniał sobie dostrzeżony kątem oka pomarańczowy skrawek materiału, splecione dłonie, lśniącą głowę w oddali.
Zacisnął usta w niemej złości.
●
- Poszła spać.
- Nie wierzę.
- A wierzysz we wróżby?
Ichigo była zaciekawiona.
- Jakie wróżby?
- Zwykłe. Patrzę na ciebie i mówię ci, co się stanie.
- A skąd ty to możesz wiedzieć?
Megami uśmiechnęła się dziwnie.
- Niektórzy wiedzą pewne rzeczy.
- Ale są starsi i mądrzejsi – odpowiedziała Ichigo tonem kogoś starszego i mądrzejszego – Więcej widzieli. A ty jesteś mała.
Dziewczynka zmrużyła oczy.
- Widziałam dużo.
Ichigo, nie wiedzieć czemu, poczuła się nieswojo.
- No dobrze. Coś takiego jak przepowiednie w ciasteczkach?
- Nie – Megami pokręciła głową – Ciasteczka niczego nie wiedzą.
Mała maiko grywała kiedyś w taką grę: dwie dziewczynki rzucały ptakom dwa rodzaje ziaren i śpiewały „ptaszku, ptaszku, powiedz zaraz, która szybciej wyjdzie za mąż?”. Potem patrzyło się, czyich ziaren zostało mniej. Jeśli twoich – wygrywałaś. Jeśli nie – przegrywałaś. Było bardzo zabawnie. Ichigo wiedziała, że ptaki z jej ogródka uwielbiają mak.
- Lubię wróżby – oznajmiła teraz, splatając rączki za plecami – Powiedz mi coś ciekawego.
Megami podeszła bliżej i stanęła na palcach, tak, że jej wargi znalazły się tuż przy uchu maiko.
- Jesteś zła – wyszeptała – Za karę dwa razy przegrasz. Za trzecim razem możesz albo wygrać, albo przegrać. Ale jeżeli ty wygrasz, przegra ktoś ważniejszy.
Zamilkła i odsunęła się gwałtownie. Nie uśmiechała się już. W jej oczach czaiło się coś niepokojącego – jakby zobaczyła rzecz, której nie powinna zobaczyć.
- Nienawidzę cię – wycedziła, po czym uderzyła ją otwartą dłonią w twarz i odeszła.
Ichigo wybuchnęła płaczem. Nie miała pojęcia, co się stało.
Po co komu złe wróżby?
●
Ichigo wchodzi do okiya. Powinna zrobić dwie ważne rzeczy: iść do swojej onesan i powiedzieć, jak wspaniale przebiegło spotkanie. Nie myślała o niczym inną przez całą powrotną drogę do okiya. I była bardzo szczęśliwa. Nawet jakiś nieuprzejmy pan, który potrącił ją w samych drzwiach i pobiegł dalej bez słowa, krzycząc coś, nie był w stanie zepsuć jej humoru. Ani głupie, niewychowane dziecko, które przestraszyło ją tak, że upuściła parasolkę w błoto – po prostu pojawiło się znikąd tuż przed nią i uciekło. Było strasznie blade.
To naprawdę okropne.
Ale i tak wszystko jest dobrze.
●
Dziewczynka otwiera drzwi i ucieka.
●
Hanabi śpi.
Śni jej się, że stoi naga w deszczu. Trzyma ręce założone na piersi, czarne włosy spływają wzdłuż pleców. Pojedyncze krople zastygają na ustach jak pocałunki.
Sny nie mają początku ani końca, więc czeka wieczność, zanim on przychodzi. Pojawia się za plecami, równie nagi jak ona, i przygląda się jej dokładnie.
- Wreszcie się spotykamy – mówi.
Hanabi odwzajemnia spojrzenie. Patrzy na silne ramiona, ciemną, gładką skórę i niesamowite oczy koloru nieba.
- Jesteś młodszy, niż myślałam – oznajmia.
- Nie. Jestem starszy, niż myślałaś. Tylko że czas już nie może mnie dotknąć. Ty za to jesteś piękniejsza, niż przypuszczałem – w jego oczach nie ma gniewu ani zazdrości. Tylko spokój. – Ale to nie potrwa długo.
- A jednak to mnie wybrał – odpowiada rozdrażniona. Mężczyzna uśmiecha się łagodnie.
- Nie miał żadnego wyboru.
Nie chce o tym rozmawiać. Wie, że ma rację. Oczywiście, że ma.
- Wiem więcej niż ty – mówi tylko – Rozmawiałam z nim o tobie. Wszystko mi powiedział. Wypłakał cię. Było mu ciężko, ale nie był sam.
- Nigdy nie był sam – odparł cicho – Tacy jak on nie bywają sami. Nie potrafią.
- Nie musimy o tym rozmawiać.
- Jeżeli się boisz, rzeczywiście nie musimy.
- Nie boję się – teraz to ona się uśmiecha, jakby wszystko zrozumiała, wszystko nagle stało się jasne - Wiem, że jesteś snem. Jeśli byłbyś prawdziwy, musiałabym kłamać. Teraz mogę mówić prawdę i nie przejmować się tym, że zrozumiesz.
- Rozumiem wszystko.
- Nie. Jeszcze nie.
Patrzy na nią bez mrugnięcia. Zaczyna czuć się niespokojna. Nie powinna – to w końcu jej głowa, jej deszcz padający nieustannie, bezszelestnie. Ale może właśnie to ją niepokoi – co on tutaj robi? Ten mężczyzna? I dlaczego właśnie deszcz?
- Wiem o dziewczynce – mówi, a jego słowa zastygają w powietrzu – Kazałem ją przyprowadzić.
- Co z tego? – jej głos drży lekko.
Ale jego już nie ma.
●
Megami stoi nachylona przed drzwiami i patrzy przez dziurkę od klucza. Do jej uszu dociera szloch, ktoś krzyczy „morderco, morderco!”.
Widzi czyjąś nogę, kawałek koszulki, ciemne włosy. A potem postać odwraca się i Megami dostrzega duże oko pełne łez.
Uśmiecha się.
Wie, że dziewczynka za drzwiami ją widzi.